| |
Skojarzenie pierwsze - TRAUMA
Jestem głęboko przekonana, iż jako dziecko widziałam rzekę Kamienną. Swoje
przekonanie opieram na tym,
że jako ówczesna mieszkanka pobliskiego Wrocławia, na dodatek dziecko
chętnie i regularnie wysyłane na przeróżne obozy, kolonie, zimowiska oraz
częste wypady rodzinne musiałam zaliczyć atrakcję turystyczną "Wodospad
Szklarka". A nie sposób tejże atrakcyji zaliczyć bez przechodzenia po mostku
nad Kamienną i
to w miejscu rozgrywania naszych zawodów. A zatem na pewno już jako
dziecko zetknęłam się z Kamienną, ba, jak znam siebie to wsadziłam w nią
łapki, ale absolutnie tego spotkania nie pamiętam.
Hmm, czyżby pierwsze zetknięcie z Kamienną było zdarzeniem aż tak
traumatycznym, że wymazałam je ze świadomości???
Skojarzenie drugie - LEGENDA KTÓRA TRWA
Kiedy jako jeszcze kajakarz szuwarowo-błotny przyjechałam latem 96 na obóz
nad Białką pobrać moje pierwsze ww-nauki, Mistrzostwa na Kamiennej otoczone
były - w opowieściach snutych wieczorami przy ognisku - nimbem lekkiej grozy
jaką chlapnęło w twarz tym śmiałkom, którzy w znamiennym roku 95 pokusili
się o zejście na wodę. Blade dokonania Kamiennej z wiosny 96 zasłużyły sobie
tylko na krótką wzmiankę "a w tym roku nie było wody".
Skojarzenie trzecie - GRUNT TO KAJAK Z AUTOPILOTEM
Kamienna '97, wody nadal "nie ma", ale dla mnie i tak wieje prawdziwą grozą.
Proszę się nie śmiać, byłam na etapie przed-początkującym - swoją pierwszą
eskimoskę_w_akcji zrobiłam dopiero dzień póżniej. Zdecydowałam się popłynąć
żeby sprawdzić czy dopłynę. Dopłynęłam, tylko po drodze zawisłam na jakieś 5
minut na kamieniach. O ile dobrze pamiętam dzięki temu sprytnemu posunięciu
zajęłam miejsce pierwsze od końca, no ewentualnie drugie. Ponadto poważnie
zestresowałam Dominikę, której się wydawało, że popłynęłam nie tam gdzie
trzeba, bo posłuchałam jej okrzyków. Dominika od samego początku przeceniała
moje umiejętności - stanowczo dementuję jakobym wiosną '97 była w stanie
płynąć tam gdzie ja chcę a nie tam, gdzie wypada wypadkowa chęci moich i
całkowicie odmiennych chęci mojego kajaka. A dokładnie kajaka Sikora. Hmm,
czy aby fakt dopłynięcia do mety nie zawdzięczam temu, że kajak ten - czarny
Hurricane - dzięki długotrwałemu treningowi pod okiem (czytaj: pod t--kiem)
świetnego instruktora miał coś w rodzaju autopilota???
dygresja pierwsza
Jako że rozgrywaliśmy jeszcze wówczas zawody w Triathlonie (co oznacza, że
na wodę zeszli również Ci, którzy przyjechali się wspinać i jeżdzić rowerem
i o kajakach górskich mieli pojęcie jeszcze bledsze od mojego) mieliśmy
wyjątkowo dużo osób, które w ogóle nie ukończyły biegu. Osoby te zostały
wyłowione zazwyczaj albo pośrodku Pierwszego Momentu (zaczynającego się
pogodnie małym slapem zaraz za linią startu), albo tuż za Pierwszym
Momentem, no najdalej - pod mostem. Przez lwią część zawodów stałam na
asekuracji na takim duuużym głazie poniżej pierwszego slapu i muszę
powiedzieć, że sporo się nauczyłam: miałam wreszcie okazję zweryfikować moją
umiejętność posługiwania się rzutką (wcześniej sprawdzoną tylko egzaminem na
Białkowym obozie) oraz zaobserwować jak od pierwszego ruchu startującego
kajakarza oszacować czy należy wstać z kamienia. Ale przede wszystkim
nauczyłam się, że jeśli można, to lepiej zostawiać tę robotę chłopakom :-)
bo oni i tak nie ufają, że dziewczyna na asekuracji poradzi sobie równie
dobrze jak oni, a na dodatek czasami mają rację.
dygresja druga Jest taki moment o nazwie "Rynna". Oznacza to, że można
płynąć albo niecką w kształcie rynny wydrążoną w ogromnej skalnej płycie
albo tzw. drogą warszawską - czyli opłynąć bokiem - przy drugim brzegu. Jako
że na końcu rynny idąca nią woda wpada na milusi głazik (bynajmniej nie
malusi), w planach przedstartowych zamierzałam ambitnie płynąć "Warszawką".
Tyle że jak przyszło co do czego za póżno się zorientowałam gdzie jestem
więc wylądowałam na płycie pomiędzy "Rynną" a "Warszawką". Na dodatek pewien
mały ale uparty kosmyk wody postanowił mnie przemieścić jednak do "Rynny" i
wrzucić bokiem w połowie jej długości.
Na szczęście był zbyt mały i powolny żeby mnie wziąć z zaskoczenia :-)
Jak instruktorzy na Białce przykazali (ich wrzaski czasami pobrzmiewają mi w
uszach do dziś): "Przechył! Prze-chył! Ulka ty durna babo, no przeeechył!"
... spłynęłam do "Rynny" i wypłynęłam bez niespodzianek, ba, nawet bez
podpórki (bo przecież podpórki wtedy jeszcze nie umiałam :) A morał z tego
taki, że najtrudniejsze w momentach jest to, że się ich ludzie boją. c.b.d.u.
|
|